O kobiecym orgazmie mówi się ostatnio coraz więcej i bardzo dobrze, bo wciąż jest parę mitów do obalenia w naszym społeczeństwie. A przede wszystkim warto od razu podkreślić, że mamy do orgazmu prawo wszyscy bez wyjątku.
 

Jesteś w błędzie, doktorze Freud

Zacznijmy jednak od doktora Freuda, mężczyzny, który pragnął objaśnić kobietom świat i wmówił na długie lata, że jest orgazm łechtaczkowy, czyli osiągany w wyniku stymulacji tego narządu, jak i orgazm pochwowy, osiągany w wyniku penetracji męskim członkiem. Pierwszy orgazm słynny psychoanalityk uznał za niedojrzały, gorszy. Ten drugi – za dojrzały, właściwy. Cóż, mylił się. Bo przede wszystkim ORGAZM JEST JEDEN, a różne są drogi dojścia do niego – możemy stymulować łechtaczkę, możemy stymulować waginę (albo obie naraz), płatek ucha, sutki... Wszystko zależy od naszej indywidualnej wrażliwości na bodźce. Orgazm można sobie zapewnić przeżywając we własnej głowie jakąś fantazję. Tak więc nikt nam nawet nie jest do doświadczenia orgazmu potrzebny. I nie można też powiedzieć, że któraś z dróg prowadzących nas na szczyt jest lepsza czy gorsza – jeśli efekt jest satysfakcjonujący, to po co go wartościować?

Pamiętajmy też, że nie tylko są różne drogi do orgazmu, lecz także nasze orgazmiczne reakcje, które zwykle mają się nijak do tego, co widzimy na przykład w filmach. Możemy więc oczywiście krzyczeć, ale i cicho stękać, śmiać się, po prostu szybciej oddychać a nawet płakać – w trakcie szczytowania lub tuż po.

Orgazm jest dobry dla naszego ciała. Oto 5 jego pozytywnych skutków

 

Pozostając przy filmach, obalmy od razu mit o orgazmie równoczesnym, kiedy to partner i partnerka szczytują w tym samym momencie. Odegrać taką scenę można, na ekranie może też wyglądać to atrakcyjnie, a im częściej coś takiego widzimy, tym bardziej wydaje nam się naturalne. Jednak ze względów fizjologicznych rzadko przeżywamy najwyższą rozkosz równocześnie. A jeśli na to liczymy, to możemy się tylko sfrustrować.
 

Trening masturbacyjny

Jednym z istotnych kroków zbliżających nas nie tylko do orgazmu, ale w ogóle do zadowolenia z seksu, jest znajomość własnego ciała i jego potrzeb. Jak je odkryć? Można zadawać sobie odpowiednie pytania, jak i eksplorować erogenną mapę ciała. Oczywiście mowa tu o stymulacji miejsc intymnych (łechtaczka, wagina i tak dalej), ale testowanie innych obszarów zwykle też przynosi owoce. Szukając drogi do orgazmu, warto zacząć jednak od łechtaczki, bo to niesamowity narząd – stworzony do rozkoszy, a to dzięki 8 tysiącom zakończeń nerwowych skumulowanych na niewielkim obszarze żołędzi łechtaczki, czyli jakby na czubku góry lodowej. A penis na całej swoje powierzchni ma 4 tysiące zakończeń nerwowych... Tak tylko wspominam.

Testujmy więc ciało i techniki stymulacji, używajmy rąk, prysznica, zabawek erotycznych. Popuśćmy wodze fantazji!

„Cipka” Renaty Gąsiorowskiej: ten film o masturbacji powinna obejrzeć każda z Was >>>
 

Orgasm gap

Trzeba wspomnieć również o mniej przyjemnej sprawie, czyli o orgazmowej nierówności, zwłaszcza kiedy mowa o stosunkach heteroseksualnych. I niestety sprawa ta dotyczy kobiet. Bywa, że kiedy mężczyzna dojdzie, to akcja się kończy. Ale to, że on doszedł, wcale nie oznacza, że i ona. Bo jak już wiemy orgazmy jednoczesne to rzadkość. Jeśli nie komunikujemy się otwarcie w sypialni, jeśli orgazm udajemy, to orgasm gap tylko się pogłębia. Warto się o swoją przyjemność upominać, szczerze o niej rozmawiać, podpowiadać partnerowi czy partnerce, co lubimy, bo to pomaga i podkręca atmosferę. Istotne jest oczywiście, jak o tym mówimy. Ważne, aby ktoś nie poczuł się oskarżany, winny naszemu brakowi orgazmu. Ale jeśli nie chce współpracować, to już inna sprawa.

Generalnie język ma ogromne znaczenie. Panuje przekonanie, że ktoś nas powinien do orgazmu doprowadzić, a przynajmniej takie są utarte zwroty. Lepiej jest mówić, że orgazm przeżywamy czy też doświadczamy go. Może to nastąpić w wyniku autostymulacji naszego ciała lub bycia pobudzaną odpowiednio przez sekspartnera czy sekspartnerkę. I wtedy przecież to nie tylko zasługa tej konkretnej osoby, ale i nasza, naszego ciała, że przeżywamy rozkosz.

Warto pamiętać, że czasami nawet mimo własnych lub czyichś najlepszych starań orgazmu nie doświadczymy. Na przykład jeśli nie jesteśmy w stanie odpuścić kontroli, skupić się na odczuciach, kiedy mamy głowę zaprzątniętą innymi sprawami, znajdujemy się w wyjątkowo stresującym momencie życia czy zażywamy leki wpływające na naszą seksualną satysfakcję. Brak orgazmu może być chwilowy, zresztą nie każdy stosunek musi być nim zwieńczony, ale niektóre z nas orgazmów nie mają w ogóle. Z jednej strony napinanie się na orgazm zazwyczaj jeszcze bardziej nas oddala od celu, z drugiej – nic dziwnego, że chcemy go przeżyć. Co w tej sytuacji zaradzić? Po pierwsze przeanalizować swoje życie intymne, zastanowić się, co może wpływać na brak orgazmu i czy bez niego jesteśmy w stanie czerpać satysfakcję z seksu. Bo seks bez orgazmu nie oznacza automatycznie braku przyjemności. Takie podejście pozwala trochę zniwelować orgazmiczną presję. Druga sprawa – zawsze warto skonsultować się ze specjalistką lub specjalistą, kimś, kto pomoże znaleźć przyczynę braku orgazmu. Mamy prawo do satysfakcjonującego seksu, my definiujemy tę satysfakcję, a dbanie o swoją seksualność to element dbania o swoje zdrowie, o siebie w ogóle!

Paulina Klepacz – feministka, dziennikarka, redaktorka naczelna feministyczno-erotycznego magazynu „G’rls ROOM”, współautorka książki „#girlstalk. Dziewczyny, rozmowy, życie”.

Zobacz także: Książki erotyczne dla kobiet. Zapomnijcie o „50 twarzach Greya”! >>>