Już po gali Złotych Globów na początku stycznia mogliśmy spodziewać się, że Green Book Petera Farrelly'ego, nagrodzony wówczas trzema statuetkami, będzie jednym z kandydatów do Oscara. Ale nie dlatego, że Złote Globy zazwyczaj otwierają furtkę do nominacji przyznawanych przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej, ale przede wszystkim ze względu na historię, obok której po prostu nie da się przejść obojętnie. Peter Farrelly, do tej pory kojarzony głównie z komedii, takich jak Głupi i głupszy, Sposób na blondynkę czy Ja, Irena i ja, tym razem sięgnął po nieco trudniejszy i ambitniejszy temat. Co jednak wcale nie oznacza, że w Green Booku nie ma scen, kiedy trudno się nie śmiać. Jest ich całe mnóstwo! I to zdecydowanie jedna z największych zalet tego filmu. Choć opowiada on o historii dwóch zupełnie różnych mężczyzn, z dwóch zupełnie różnych światów, w dodatku obarczonych pochodzeniem i uwarunkowaniami społeczno-politycznymi obowiązującymi w latach 60. w Stanach Zjednoczonych, historia Doktora Dona Shirleya i Tony'ego Lipa opowiedziana jest w taki sposób, że trudno nie wyjść z kina z poprawionym humorem. I bez wątpienia spora w tym zasługa odtwórców głównych ról, Mahershali Alego oraz Viggo Mortensena. Gdyby ta dwójka nie dostała nominacji za najlepsze aktorskie kreacje, chyba osobiście złożylibyśmy do Akademii zażalenie. Takiego męskiego duetu, którego chemia na ekranie byłaby tak mocno wyczuwalna, nie widzieliśmy od czasu Matthew McConaughey'a i Woody'ego Harrelsona w pierwszym sezonie Detektywa (a w którego trzeciej odsłonie możemy teraz podziwiać Alego). I choć historia zupełnie inna, tak relacja równie mocno kipiącą emocjami, wywoływanymi skrajnie odmiennymi, mocnymi charakterami.

Oscary 2019: „Zimna wojna” - z jakimi filmami konkuruje o statuetkę w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny? >>>

Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim Mortensen. Oglądając go w Green Book, aż trudno uwierzyć, że to Amerykanin duńskiego pochodzenia, gdyż jego włoski akcent, który w oryginale posiadał jego Tony Vallelonga, jest absolutnie mistrzowski. I mimo, że do zagrania dostał postać istniejącą w rzeczywistości, nie stara się oddać Tony'ego jeden do jednego (z czym dla porównania problem miał na przykład Christian Bale, także nominowany w tym roku do Oscara za rolę w Vice). Nie sposób odnieść wrażenia, że zagranie tego bohatera sprawiało mu mnóstwo radości. Udzielił mu się jego luz, urocza nonszalancja i bezobciachowość, co dla widza jest prawdziwą ucztą dla oka. Mahershala Ali, chociaż nieco bardziej zachowawczy i tajemniczy (podobnie zresztą, jak jego Juan w Moonlight Barry'ego Jenkinsa, nagrodzonego Oscarem dwa lata temu, który przyniósł również pierwszą w karierze statuetkę Alemu), wprawia nas w zdumienie, ale i lekkie zażenowanie. Bo jak to możliwe, że o tym aktorze zrobiło się głośno dopiero stosunkowo niedawno, mimo, że ma na koncie całkiem sporo ról? Szczerze? Jego Remy Danton był chyba jedną z najciekawszych postaci w House of Cards, a w Moonlight udowodnił, że można być na ekranie przez kilkanaście minut i skraść cały film. Umiejętności zarówno jednego, jak i drugiego pana, Farrelly wykorzystał w stu procentach, dając nam okazję do podziwiania naprawdę popisowego aktorstwa. 

Oscary 2019: Gdzie obejrzeć „Zimną wojnę” i inne nominowane filmy: „Roma”, „Green Book”, „Czarna Pantera”, „Faworyta” oraz pozostałe obrazy >>>

Doktor Don Shirley i Tony Lip udają się w podróż w głąb południowych Stanów Zjednoczonych. Co w latach 60., jak to zresztą podsumował sam Tony, mogło oznaczać jedno: kłopoty. Stany, które wybitny muzyk i jego nowy kierowca (choć z wieloma innymi umiejętnościami, jak choćby wciskanie ludziom kitu) zamierzali odwiedzić, to najgorsze, co mogło przytrafić się wówczas Afroamerykanom. Farrelly nie oszczędził nam ciężkich do przełknięcia obrazów, kiedy jeden z najlepszych muzyków na świecie, tuż przed występem dla białych i bogatych, nie mógł skorzystać z toalety dla gości, mimo, że zapłacono za jego występ. Zabrał nas też do obskurnych lokali, w których Don Shirley miał możliwość noclegu zgodnie z informacjami zamieszczonymi w tytułowej zielonej książce, czyli wydawanej od 1936 do 1966 roku broszurze „The Negro Motorist Green Book", przeznaczonej dla Afroamerykanów podróżujących przez Stany Zjednoczone. I mimo, że reżyser pokusił się o kilka pompatycznych scen stających nam w gardle, jak we wszystkich innych filmach podejmujących problem segregacji rasowej, nie wytrącają nas one z rytmu, jaki towarzyszy całemu filmowi. Lekkiego i błyskotliwego. A skoro już o rytmie mowa, to dla nas muzyka jest w tym filmie jednym z kluczowych graczy, zaraz obok Mortensena i Alego. Kiedy jadąc wypucowanym niebieskim cadillakiem razem z ich bohaterami, i nie wiedząc, co aktualnie leci w tle, uwagę, jaką Lip skierował do Shirleya o nieznajomości kluczowych dla tamtego okresu czarnoskórych artystów, wzięliśmy sobie mocno do serca. W Green Book zadbały o wyjątkowy klimat, a następnie trafiły na naszą listę na Spotify. A sam film z kolei na listę oscarowych faworytów. 

Przy okazji warto przypomnieć, że transmisję z 91. gali rozdania Oscarów prosto z Dolby Theatre w Hollywood jako jedyna pokaże telewizja Canal+. W tym roku, oprócz tego, co będzie działo się na scenie, obserwować będziemy mogli na żywo także czerwony dywan. To wszystko już w nocy z 24 na 25 lutego.