Choć największy boom sushi ma już chyba za sobą, wciąż niezmiennie cieszy się ogromną sympatią Polaków. I trudno się dziwić - ostatnia wymówka w postaci wysokiej ceny straciła na aktualności - w większych miastach na każdym rogu dostaniemy hand rolla, który ceną dogania fast foody. I jak się okazuje, może mieć z nimi więcej wspólnego, niż nam się zdaje.

ZOBACZ TAKŻE: Tego nie zamówicie w polskich restauracjach McDonald’s! Żałujecie? >>>

W Australii, gdzie zjada się ponad 100 milionów porcji sushi rocznie odkryto, że coś jest nie tak z dostawami ryb przeznaczonymi do jego wykonania. Wzięto je pod lupę i co się okazało? Że ze świeżością miały niewiele wspólnego, choć to wcale nie kolor je zdradził. Ten bowiem zmieniono z brunatnego na różowy, przywracając mu tym samym świetność sprzed lat - i to dosłownie, bo bezwonny i nie zmieniający smaku gaz, czyli tlenek węgla, którego użyto do konserwowania ich mięsa, przedłużał datę jego „przydatności” do spożycia nawet o 24 miesiące! Mówi się, że podobne praktyki doskonale znane są także w Europie...

Za to w innym rejonie Australii z kolei okazało się, że poławiane tam seriole, czyli jedne z popularniejszych ryb dostarczanych właścicielom barów sushi, mają pasożyty. Żeby lepiej to zobrazować dodamy, że chodzi o długie wijące się biało-czerwone glizdy. Oczywiście dostawcy je usuwają, natomiast w mięsie ryb pozostają ich odchody, a także jaja wyczekujące, by radośnie wkroczyć w kolejny etap rozwoju. Od Australii dzieli nas wprawdzie prawie 14 tysięcy kilometrów, ale apetyt na sushi jakoś nas opuścił. A jak jest z Wami? Wyobraźnia pracuje, czy jutrzejsze menu lunchowe pozostaje bez zmian?

ZOBACZ TAKŻE: Zwyczaje kulinarne Europejczyków, czyli jakie dania lubimy najbardziej? >>>